Promowanie różowego szczęścia czyli jak uciekamy (od życia)

„Złość piękności szkodzi” – albo: „Musisz się przestać denerwować” – albo: „Kiedy się gniewasz w jednej minucie swojego życia tracisz sześćdziesiąt sekund szczęścia” – itede, itepe… Zatem: mamy być szczęśliwi – nie mamy się niczym przejmować. Czyli: szczęście – to błogostan, to życie pozbawione trosk, zmartwień i nieładnych emocji. Piękniutko, różowiutko, cacy, cacy. Tu motylek, tam badylek. Wszyscy ludzie mili, uprzejmi, serdeczni, skorzy do pomocy, sympatyczni, empatyczni.

Już od dziecka jesteśmy karceni za złość i gniew. Dziecko nie ma prawa tak reagować, nie wolno mu być niezadowolonym. Natychmiast słyszy: „przestań”, „nie wolno się gniewać” itd. I robimy wszystko, by dziecko zajęło się czymś innym, by zapomniało. Bo smutne dziecko, to złe dziecko. Zamiast pomóc mu zrozumieć skąd wzięło się te nieprzyjemne uczucie, które nim właśnie zawładnęło – strofujemy je. Nie uczymy się rozumieć siebie. Skąd biorą się nasze negatywne emocje, jakie jest ich źródło, jakie „wewnętrzne programy” je uruchamiają? Szkolimy się natomiast w udawaniu i uciekaniu od tego. Dlatego chowamy się za sztucznym uśmiechem – szczęściem identycznym z naturalnym. Zastępczym szczęściem.

Bo przecież powinniśmy być szczęśliwi. Bo przecież wiemy, że w życiu najważniejsze jest szczęście, chociaż co to jest szczęście, tego już nie wiemy. Tak naprawdę tracimy tę część siebie od której uciekamy, to ucieczka od życia takiego, jakim jest. I dobre – i złe jednocześnie. I piękne – i brzydkie jednocześnie. I radosne – i smutne jednocześnie. I zwycięskie – i przegrane jednocześnie. W każdym naszym atomie zamieszkuje połowa jednej energii i połowa drugiej – przeciwstawnej. Jeśli tego nie zaakceptujemy, będziemy przeskakiwać z jednej skrajności w drugą: a to jesteśmy w euforii – a to w depresji – a to znów w euforii… Myślimy, że coś wywalczymy, że oszukamy naturę, że z nią wygramy. Niestety, nic z tego. Dlatego wszyscy wielcy mistrzowie do znudzenia mówią o akceptacji natury rzeczy. Dopiero ten akt daje nam możliwość przejęcia sterów okrętu, którym płyniemy. Wcześniej, tylko na fale, wichry i burze donośnie pokrzykujemy, nienawidzimy je, lękamy się ich i mamy pretensje do losu, że nam je zsyła.

Dzięki akceptacji i pracy nad sobą zaczynamy więcej zauważać i rozumieć. I ta uważność pozwala nam uspokajać fale, nadawać swojej podróży właściwy kierunek (cel) – wybierać i tworzyć. Świadomość, że przeciwieństwa są dwoma stronami tego samego, daje człowiekowi możliwość innego funkcjonowania. Dokonuje lepszych wyborów w momentach trudnych doświadczeń, nie uciekając od rzeczywistości. Nazywanie rzeczy po imieniu, jest pierwszym krokiem do przejęcia kontroli nad nieskończonym tworzywem, które mamy do dyspozycji. Boimy się tej energii twórczej swojego umysłu, boimy się wziąć sprawy w swoje ręce. Boimy się przejęcia odpowiedzialności za swoje życie. Wolimy promować szczęście pomalowane na różowo. I to najlepiej przez innych.

1 Komentarz

  1. Magda

    Jak zwykle pięknie napisane…Myślę, że wzięcie całkowitej odpowiedzialności za swoje życie, wyzwala z tej karuzeli. Życie pod dyktando przypadku nie da tego spokoju, które daje życie świadome, które nie jest ani różowe ani szare…jest takie jakim je namalujemy 🙂

    Odpowiedz

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *