Słuchanie, mówienie, nieporozumienie

Zacznę górnolotnie: ludzkość ma problem z komunikacją. Dogadać się, zrozumieć, to nie lada wyczyn. Rozmawiam z doradcą podatkowym. Mówi mi o tym, że jego klient popełnił błąd w picie (PIT). Coś tam miał wpisać, ale nie wpisał. Przytakuję, że rozumiem, że trzeba zrobić korektę pita (pitu-pitu). Dalej wnioskuję, że de facto podatnik zapłacił podatek należny, że błąd jest tylko na papierze. I tu się zaczyna…

Podaruję ci szczegóły. W każdym razie 5 razy startowałem z tekstem, że Skarb Naszego Państwa nic nie stracił, bo podatnik uiścił ile trzeba – i tyleż razy w połowie zdania doradca podatkowy wtrącał się słowami: “ale w świetle przepisów…” nie dając mi szansy powiedzieć co myślę. Za każdym razem podnosił głos o kilka decybeli wyżej, więc i ja robiłem to samo. Typowa kłótnia. On głośniej – ja głośniej – on mi przerywa – ja od początku – on mi przerywa głośniej – ja znowu od początku, też głośniej – itd.

Stop. Zamilkłem. Nie dokończyłem. Nie udało mi się powiedzieć do końca jednego, krótkiego zdania. Poddałem się. Nie zostałem wysłuchany, nie zostałem zrozumiany. Poległem w boju… Pozostało poczucie irytacji i żalu.

Ktoś powiedział, że milczenie jest złotem. Ktoś inny, że mamy dwoje uszu i jedne usta, by dwa razy więcej słuchać niż mówić. Wszystko się zgadza. W teorii… W praktyce gorzej. Słuchanie nie jest naszą mocną stroną, po co słuchać, skoro i tak wiem co usłyszę?!

Potrzebujemy czuć się ważni. Potrzebujemy skupiać na sobie uwagę. I tak jest od dziecka. Popatrz jak zachowuje się małe dziecko, którego starań dorośli w ogóle nie zauważają. To dziecko siedzi w nas dalej. Ono wciąż domaga się wpatrzonych weń oczu i wsłuchanych weń uszu.

Oczekujemy posłuchu i poklasku. Obawiamy się, że jeśli nie wyłuszczymy w bezdyskusyjny sposób swoich racji, to nie będziemy odebrani jako wystarczająco mądrzy i wartościowi.

Zatem mówimy i mówimy. Uzasadniamy i uzasadniamy. Bronimy ze wszystkich sił swoich wspaniałych przekonań. A nawet kiedy zorientujemy się, że niestety nie mamy racji, to nic, dalej walczymy w obronie bezsensu i nadgryzionej godności. Hurrra! – heroicznie wymachujemy wyssanym z palca argumentem – i tak cię załatwię! W piątej rundzie porozumienie pada bez tchu na łopatki…

Zresztą trudno o empatię, kiedy wszyscy mówią, a nikt nie słucha. Poza tym najczęściej wygłaszamy swoje oracje na zupełnie odrębne kwestie. Ja mówię, że zielone, a ty, że nie, że okrągłe… Ja, że jak to, że zielone – ty, że ależ skąd, okrągłe…

Skończę również górnolotnie: ludzkość musi nauczyć się słuchać. Przede wszystkim, brak nam umiejętności słuchania siebie samego – zauważania swoich myśli…, słów…, uczuć. Dalej – brak nam umiejętności i chęci słuchania drugiego człowieka. To przecież pierwszy, obowiązkowy krok do wzajemnego zrozumienia.

Nauczyliśmy się warunkowej akceptacji, warunkowej miłości, warunkowego szacunku. Boimy się porażki, ośmieszenia, boimy się, że nasz sukces nie zostanie zauważony i doceniony. Musimy zasłużyć i pokazać, że jesteśmy tego warci. Wystarczy więc wszystkich dookoła odpowiednio przekonać…

3 Komentarze

  1. Ewa

    Wiem o co ci chodzi, ostatnio mialam podobna sytuacje z moja znajoma, ktora probowala usilnie mnie przekonac, ze jest szczesliwa, ale jej nie dopuszczalam do glosu. Ja wiedzialam lepiej. Wedlug mnie nie mogla w takich warunkach znalezc szczescia i juz! ;P
    W koncu jednak przetarlam oczy i postanowilam po prostu jej wysluchac i ostatecznie….uwierzyc. 🙂

    PS Jesli nadal sie zastanawiasz, ktora forma lepsza, to podpowiadam – PITu.

    Odpowiedz
    1. Marian (Autor postu)

      Dzięki Ci Ewo 🙂

      Odpowiedz
  2. nocny grajek

    A najlepsza – PIT-u. 🙂

    Jakiś czas temu odkryłem, że czasem w rozmowie, szczególnie gdy 2 lub więcej osób poza mną gadają jednocześnie, można po prostu urwać w połowie słowa i to niczego nie zmienia. Bardzo lubię uczucie ciszy i dystansu, które się wtedy pojawia. Siedzę sobie i czekam, obserwując spokojnie rozmówców (bo i tak nie da się zrozumieć, co który mówi w tym hałasie) lub podziwiając otoczenie. Często gdy hałas ucichnie, zostaję poproszony o dokończenie. I wtedy spokojnie i cicho mówię to, co chciałem rzec, streszczając to w kilku oszczędnych, przemyślanych już zdaniach. A nawet gdy tak nie jest, gdy nikt nie zauważa, że się wycofałem, uczucie ciszy i tak pozostaje. 🙂

    Odpowiedz

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *