Zabić wroga

Nasz pierwotny instynkt “atakuj lub uciekaj” funkcjonuje nadal, lecz inaczej. Nie zawsze “wypada” nam brać nogi za pas i ratować się ucieczką z miejsca dyskomfortu. Tchórz – co ludzie pomyślą… Czasem mamy ochotę rzucić się na kogoś i udusić go gołymi rękoma, ale tego też nie czynimy, coś nas powstrzymuje (np. niefajne konsekwencje). Czujemy się więc niepewnie, poszukujemy innych sposobów załatwienia problemu-wroga.

zabic_wroga1. “Uciekamy” chowając wroga “pod dywan”. Nie ma. Nie widać. Załatwione. Zepchnięty w głębokie zakamarki niepamięci.

Jak bardzo jesteśmy w błędzie, dowiadujemy się w momencie, kiedy wróg nagle wyskakuje spod dywanu – większy i mocniejszy. Z jeszcze większą siłą uderza, pokazując kto tu naprawdę rządzi. Kiedy leżał ukryty pod dywanem, karmiony naszymi lękami, urósł. Kolejne takie próby tylko pogarszają sprawę. Nie ma szans. – Przegrałem.

2. “Atakujemy” używając wyobraźni. Snujemy fantastyczne obrazy zemsty. Mordujemy go precyzyjnie i skutecznie.

Jednakże podświadomie wiemy, że to tylko pobożne życzenie, literacka fikcja. Zdajemy sobie sprawę, że w rzeczywistości jesteśmy bezradni. Boimy się. Wróg w naszej głowie staje się coraz sprytniejszy, coraz silniejszy, sięga niebotycznych rozmiarów. Strach ma wielkie oczy. To z czym walczę – to w mojej wyobraźni powiększam i wzmacniam. Czuję, że już po mnie.. Nie ma szans. – Przegrałem.

Tak źle i tak niedobrze. Żyję więc w stałym napięciu i w strachu. To mnie wypala, niszczy. Mnożę mentalne białe ciałka – narzędzia obronnego systemu walki z problemem. Chcę zabić wroga. Odetnę mu jedną głowę, a w jej miejsce wyrastają dwie następne. Wygonię złego ducha, to wróci i przyprowadzi ze sobą następne. Błędne koło. Jest coraz gorzej i gorzej…

Tak działa mechanizm odrzucenia i agresji.

Jedno antidotum to akceptacja. Przez akceptację mogę rozpuścić toksyny obłędu. Akceptacja pozwala przyjąć do wiadomości, że taki jest stan rzeczy. Nie zmienię go ani wypierając się, ani rzucając się na nań z nienawiścią. Akceptacja daje mi szansę na współistnienie ze wszystkim co jest. Jestem cząstką całości. Wpływam na siebie, wpływam na całość.

Drugie antidotum to miłość. Miłość nie zna agresji. Miłość, to odwaga przyjęcia tego co jest, takim jakie jest. Miłość, to ujrzenie w drugim człowieku siebie, to współodczuwanie ponad logiką i rachunkiem strat i zysków. Miłość jest jednością wszystkiego ze wszystkim. Co robię innym, robię sobie – i odwrotnie. Zamiast zabijać wroga, czynię go przyjacielem.

Problem “zabić wroga”, to problem ze sobą. Strach przed wrogiem, to strach przed sobą. Boję się siebie. Boję się swojej słabości, niedoskonałości. Brak mi akceptacji siebie. Boję się, że sobie nie poradzę, że nie jestem dość dobry. Żyję w strachu, jestem agresywny. Najbardziej niebezpieczne zwierzę, to te, które się boi. Ktoś powiedział, że “atak jest zawsze wołaniem o pomoc”. Świat mnie przytłacza. Ludzie są źli. Jestem zagrożony. Nie ogarniam…

Trudno w takim stanie o dobre relacje ze światem zewnętrznym. Trudno wtedy o dobre relacje ze światem wewnętrznym. Nie wierzę w dobre intencje. Nie wierzę w szczerość. Nie wierzę w przyjaźń. Nie wierzę w miłość. Nie wierzę nikomu. Nie wierzę sobie. Nie wierzę w siebie.

Czyżbyśmy byli ludźmi tak małej wiary? Nie ma nadziei? Nie wierzę. Wróg, który ma nad nami kontrolę, ten właściwy wróg “do załatwienia”, to nasze myślenie oparte na lęku.

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *